|
... czyli akcenty i akcenciki w Irlandii
Większość z nas zapewne na początku pobytu w Irlandii traciła wiarę w swoje zdolności językowe. Wiadomo, różnie z tym angielskim w Polsce bywało. W głowie została wiedza z podstawówki, liceum lub ze studiów, czasami tylko jakiś kurs w szkole językowej, kilka godzin konwersacji przed wyjazdem. Jak zwał, tak zwał... w CV generalnie zawsze jest „communicative”, na potrzeby naszego przyszłego szefa. A w praktyce? Rozmaicie.
Tymczasem nawet ci najlepiej wyedukowani, z umiejętnościami „advanced”, przeżyli szok zetknąwszy się po raz pierwszy w życiu z tubylcem (Irlandczykiem). Otóż irlandzki angielski jest zupełnie inny niż amerykański angielski - piękny, czysty, wyraźny angielski, znany nam głównie z kina i piosenek... W Irlandii wciąż żyje duch języka celtyckiego, który zmiękcza słowa, nadaje mowie śpiewność. Kiedy dodamy jeszcze slang np. dubliński i niewyraźną mowę lub wadę wymowy naszego rozmówcy, klęska jest nam po prostu pisana. Rozmowa telefoniczna to również odważny wyczyn początkującego imigranta. Nie zmuszajcie się, by poprawnie zapisać czyjeś imię. W przypadku Katherine jest okej, Mary to miód na nasze uszy, ale juz Siobhan (czyt. Sziwon) albo Aoife (Ifi) przerasta możliwości Polaka. I nie ma w tym absolutnie naszej winy. To tak jakby poprosić Irlandczyka o zanotowanie imienia pana Krzysztofa Koniuszki. Niemniej jednak stresuje. Dlatego porada dla wszystkich ubiegających się o posadę recepcjonistki – nawet kwalifikacje i kilka lat w zawodzie są na nic, jeżeli musimy prosić każdego petenta o powtórzenie nazwiska dwukrotnie, trzykrotnie gdy chcemy mieć pewność, że Damien Borrin to nie Fabien Morrin i tego typu... Stresuje niezmiernie! Charakterystyczne dla „dublinerów” jest zmiękczanie głosek. I tak na przykład „alright” to „olrajsz”, „great” to „grejsz”, a najprostsze „but” to w ich ustach „bosz”, „much” to beztroskie „mucz”... I zapomnij o „Dablin” – na zawsze zapamiętaj „Dublin”. I nie zdziw się, gdy na pożegnanie w sklepie rzucisz „bye” a usłyszysz „boj boj”:) Thank you w wersji nowoczesnej to „cheers”, a „thank you very much” – „thanks a million”. Pamiętam swoje zdziwienie, kiedy znajomy Irlandczyk opowiadał o swoim szefie, który mu... uciekł. Dopiero po kilku dodatkowych pytaniach dotarło do mnie, że „bos” to nie szef, lecz autobus. Licencja poetica... I tak można w nieskończoność. Wszystko jest kwestią przyzwyczajenia, osłuchania, zapamiętania. A naprawdę ważny jest brak zahamowań. Mów, jeżeli chcesz się nauczyć. Zapomnij o brakach gramatycznych. Odmianę czasowników nieregularnych poćwicz w domu, a na ulicy, czy w urzędzie po prostu pozwól słowom płynąć. I nie obawiaj się, że nie zostaniesz zrozumiany. Najwyżej powtórzysz jeszcze raz. To jest „everyday english”, którego z żadnych książek nie jesteś w stanie się nauczyć! Enjoy! Szannya 
|