Panel logowania
logowanie
Dział download
pobierz
Linki
linki
Forum
forum
Publikuj własne teksty
publikuj
Galerie
galerie
Filmy
filmy
Kartki
kartki
Ogłoszenia
ogłoszenia
Pogoda
pogoda
Strony i blogi
strony/blogi
Poczta
poczta 15gb
REKLAMA / ADVERTISING
>>> OFERTY PRACY FAS
Tłumacz / Słownik PL~EN
Menu główne:
Strona główna
Wiadomości
Wydarzenia
Felietony, porady
Forum
Blogi
Dublin i Irlandia
Przed wyjazdem...
Do załatwienia
Praca
Oferty pracy FAS
Mieszkanie
Transport
Prawo jazdy
Ważne namiary
Partnerzy
Szukaj w serwisie
Zasady korzystania
O Portalu
Napisz do nas
Reklama / Advertising
Pomoc
Logowanie
Użytkownik

Hasło

Zapamiętaj
Przypomnienie hasła
Konto? Zarejestruj się!
Dodaj do ulubionych
 
 
Banner
Strona główna arrow Felietony, porady arrow Felietony, porady arrow Terror pozytywnego myślenia
Terror pozytywnego myślenia E-mail


Terror pozytywnego myśleniaWstać. Uśmiechnąć się szeroko i bezmyślnie (bo przed pierwszą kawą) do świata, który jest, jak wszyscy wiemy, obrzydliwy i niesprawiedliwy. Powiedzieć sobie pod nosem kilka razy jakąś afirmację, typu "Dzisiaj jest kolejny wspaniały dzień" albo jeszcze bardziej irytującą i boleśnie nieprawdziwą "jestem wspaniała i mądra i mogę wszystko" i uwierzyć, że to działa. Choć za chwilę okaże się, że nie działa toster i moja mądrość go nie wskrzesi (bo nie wiem, jak działa toster) albo że znowu nie przyjechał belfaski autobus i skandalicznie spóźniam się na spotkanie ze swoim rozmówcą. Który okazuje się gburem i się obraża.

Gazetae.com


Kiedy trafi się coś przykrego, w XXI wieku należy pomyśleć, że będzie lepiej. Kiedy trafi się coś wspaniałego, trzeba pomyśleć, że będzie jeszcze, jeszcze lepiej. Cudnie będzie. Tak. Bo apetyty mamy nienasycone na rzeczy dobre, tak jakbyśmy wszyscy zasługiwali na nie cały czas. Jakby nie było nic poza tym.

Nigdy nie byłam fanką pozytywnego myślenia, bo go nie rozumiem. Oznacza to, że wypadłam z mainstreamu, dlatego że nie potrafię się nastawiać pozytywnie, nie przeklejam na FB afirmacji i natchnionych cytatów, dotyczących świetlanego jutra, ani nie pocieszam się w najgorszych momentach, ze wszystko się odmieni na dobre, chociażby dlatego, że wcale nie musi.

Tak, należę do tego wąskiego (oficjalnie) grona ludzi, które obawia się przysłowiowej cegły, spadającej na głowę na ulicy, katastrofy nuklearnej oraz ciężkiej choroby, która, statystycznie rzecz biorąc, musi mnie dopaść jakiegoś dnia. Albo kogoś bliskiego. Za dużo jest bowiem chorób na świecie, w tym rzadkich. Dla osoby, która pół dzieciństwa spędziła studiując "Encyklopedię medycyny" - nie było wówczas internetu- a teraz cierpi na cyberchondrię, jest to wniosek oczywisty.

Bo jeśli nie nowotwór piersi, nie melanoma, to czemu nie mięsak Ewinga lub choroba Kufsa? Jest tylu ludzi na ziemi, że na każdego coś wypadnie. Tak sobie myślę ciemną nocą. Często.

To wszystko sprawia, że jestem przygotowana na najgorsze, albo chociaż - na całkiem niedobre. Nie wiem, czy jestem z tym szczęśliwa (urodziłam się pozbawiona ślepej dążności do szczęścia, bo nie wiem, czym jest szczęście. Wiem, czym zadowolenie i ono mi wystarcza), ale jednego jestem pewna - dzięki temu, że nie nastawiam się pozytywnie do niczego, jestem często, uwaga - pozytywnie rozczarowana, a jeśli wszystko rozwija się podług założonego przeze mnie czarnego scenariusza, nie tylko oszczędzam sobie rozczarowań właśnie, ale i, dzięki negatywnemu nastawieniu (które ja nazywam realizmem), jestem przygotowana.

W dzieciństwie czytałam, oczywiście, "Pollyannę". Dla niewtajemniczonych, jest to opowieść o dziewczynce (autorką jest Amerykanka, bo to dziewiętnastowieczna Ameryka jest kolebką pozytywnego myślenia), która wymyśliła sobie następujący sposób na życie: nauczyła się ze wszystkiego cieszyć, w największym nawet nieszczęściu znaleźć aspekt pozytywny. Wszystkich dookoła bardzo to drażniło, ale w świecie fikcji literackiej postawa taka jest zaraźliwa i wkrótce nawet najbardziej nieszczęśliwi byli szczęśliwi, jak przedstawia historia.

Ma to pewnie jakiś sens, ale powiedzcie coś takiego osobie chorej na depresję. Albo anhedonię.

Stosowałam technikę Pollyanny w domu, pełnym turbulencji, ale w końcu porzuciłam. Uznałam bowiem pewnego dnia, że nic nie przynosi lepszego oczyszczenia niż kilkudniowy płacz i narzekanie na swój los i miłe chwile użalania się nad sobą. Nie mogą one trwać w nieskończoność, bo się można w nie zapętlić, ale udawanie, że nie ma słonia w pokoju, jak mówią Anglicy, gdy ten właśnie ten pokój zdemolował, oznacza coś bardzo niezdrowego - blokowanie własnych uczuć. A dlaczego miałabym je blokować? Czemu miałabym przed sama sobą udawać, że nie czuję tego, co czuję?

Jak grzyby po deszczu wyrastają w XXI wieku szkoły prowadzone przez trenerów, którzy uczą pozytywnego myślenia, sztuki samomotywacji, life coachingu (co mnie już szczególnie śmieszy - jak aroganckim typem trzeba być, by nazwać się trenerem życia, czy jak tego potworka zgrabnie przetłumaczyć - biorąc po uwagę fakt, że życie jednak jest pełne niespodzianek i nikt, ale to nikt nie jest w stanie przewidzieć, co się wydarzy za pięć sekund? Jestem tak uczulona na life coach, że jest to chyba jedyny zawód, którego przedstawicielowi nie podałabym ręki, tak mnie zdumiewa bezczelność jego założeń), itp, itd.

Na FB ogłaszają się jakieś typki sfotografowane z idiotycznym wyrazem twarzy, ujęcie: cała postać lub pół, jasne tło, założone albo rozłożone ręce, słuchawka w uchu, typki, które mają tysiące znajomych i wrzucają reklamy jakichś spędów, w czasie których za ciężkie pieniądze można zmienić swoje życie w sposób najbardziej prymitywny i przyziemny (jeśli oczekujemy od życia wymiernych korzyści): przyciągnąć fortunę (tak, od myślenia pozytywnego), znaleźć miłość życia niestety myślącą podobnie (czyli pozytywnie), kupić auto i wyjechać na wakacje do drogiego hotelu.

Life coaching. L-I-F-E.

Życie ograniczone do spełniania potrzeb materialnych i zaspokajania ambicji.

A dobra zupa pomidorowa ugotowana w chłodny dzień i zjedzona przy lekturze Lema to nie łaska? A potem naturalny smutek post-jedzeniowy na temat marności tego łez padołu?

Jakiś dziwny człowiek z oczywistymi zaburzeniami psychicznymi ma czelność uważać, że jego życie, wypełnione od rana samooszukującymi się radosnymi uśmiechami, jest ciekawsze i lepsze od życia przeciętnego malkontenta - który zresztą, jak literatura pokazuje, może się stać uczonym, pisarzem, artystą czy poetą, bo to z targania duszy biorą się wielkie dzieła, a nie z wyćwiczonego, wytresowanego podejścia do świata, limitującego, tak naprawdę, jego odbiór.

Bliższy jest mi Woody Allen ze swoim: "myślę, że życie dzieli się na straszne i żałosne. To są dwie kategorie. Straszne to, no nie wiem, śmiertelne przypadki, niewidomi, kalectwo. Nie wiem, jak sobie ludzie dają z tym radę, to zadziwiające. A żałosne są życia wszystkich pozostałych. Więc jeżeli jesteś żałosny, powinieneś być wdzięczny losowi, że jesteś żałosny, bo być żałosnym to wielkie szczęście" niż szlachetna w zamyśle Pollyanna (ale dziecku nakażę czytać "Pollyannę". Niech pozna autentyczne próby szukania radości i odróżni je od cynicznego biznesu, bazującego na zagubieniu ludzi i ich samotności).

Wpadła mi w ręce ostatnio świetna książka pt. "Smile or Die. How positive thinking fooled America?" Barbary Ehrenreich . Barbara, z doktoratem z immunologii dobrego amerykańskiego uniwersytetu, dziennikarka New York Timesa, pisarka, analitycznie i na chłodno rozprawia się z mitem pozytywnego myślenia, ilustrując swoją rozprawę wynikami rozmaitych badań, prowadzonych na całym świecie przez uniwersytety i instytucje badawcze.

Nikt nie uleczył jeszcze raka pozytywnym myśleniem ani brokułami. Tyle, że, jeśli się nie jest sterroryzowanym lękami, choroba ta może (ale nie musi) przebiegać lżej, kiedy się chory koncentruje na pozytywnych wynikach. Chory może uniknąć depresji, ale znowu - nie musi, bo ta, nie jest spowodowana brakiem pozytywnego myślenia, ale zaburzeniami w chemii mózgu. O czym wiele osób zapomina.

Co więcej, Barbara wspomina o tym, że chorzy czują się sterroryzowani nakazami, by myśleli pozytywnie. Ludzie są różni. Są tacy, którym taka postawa jest bardzo bliska. Wspaniale. Ale jest wielu takich, którym nie jest i nakazywanie, a co więcej, wymaganie od nich, by gwałcili swój umysł, bo taki jest trend, może sprawić, że szybciej zachorują na depresję, uznawszy, że nawet swojego myślenia nie mogą zmienić. Że się do niczego nie nadają.

U Barbary zdiagnozowano raka piersi. Nie porzuciła racjonalnego myślenia i nie postanowiła oddać się leczeniu naturalnemu, choć wielu ludzi ją namawiało do tego. Nie wierzyła bowiem w siły naprawcze swojego organizmu, chociażby dlatego, że uznała, iż śmierć jest też częścią natury i że wcale nie chciała, by ta część natury zwyciężyła, zatem całkowicie oddała się w ręce medycyny. Chciała naturze zapobiec. Oddalić jej wyrok i udało się - na jakiś czas.

I tu spotkała się z terrorem pozytywnego myślenia, co skłoniło ją do napisania tej książki. Z tym, że lekiem na cale zło miała być wizualizacja choroby, afirmacje poranne i pozytywnie nastrajające ją do życia ziółka. A ona chciała twardych faktów. Statystyk. Danych. I leków.

Jest zdrowa. I pisze.

Oczywiście, że whatever works (za Woody Allenem też, swoją drogą).

Jeśli ktoś myśli, że czuje się lepiej, bo rano wstał i się zachwycił promykiem słońca i własną afirmacją i tańcem boso w kuchni, bardzo się cieszę.

I kibicuję.

Chcę tylko poprosić, by tego ode mnie nie oczekiwać od rana do wieczora. Zachwycę się promykiem słońca albo i nie. Jeśli zachoruję albo coś złego mi się wydarzy, proszę, by moi bliscy byli ze mną szczerzy, otwarci i racjonalni. Chcę też poprosić przyjaciół, by w czarnych chwilach, gdy takie nastąpią, a przecież na pewno nastąpią, nie mówili mi, że wszystko będzie dobrze, bo jeśli nie będzie (a nikt niczego nie może zagwarantować), podam ich do sądu. Chcę prawdy i odwagi w jej formułowaniu. Chcę wiedzieć, co może być dobrze, a co źle.

Kiedy zaszłam w ciążę, pojawiły się trzy miliardy osób, które znam ze świata pozytywnego myślenia właśnie, które wklejają radosne statusy na FB czy cytaty z Dalajlamy, które jednocześnie zarzuciły mnie strasznymi wizjami ciąży, porodu, komplikacji, bólu i rozpaczy.

By mnie ostrzec. Nie było w ich wypowiedziach nic pozytywnego.

Wtedy doszłam do wniosku, ze odkryłam bardzo ciekawą cechę ludzką: że pozytywne myślenie ma dotyczyć tylko nas i naszego życia, natomiast innych, chętnie i twórczo ostrzegamy przed jego bardzo niepozytywnymi aspektami. Byłabym skłonna docenić te wywody akcentujące straszliwość mojej ciążowej sytuacji, gdyby nie wyraźny dysonans poznawczy i przebijająca się z takiej postawy chęć straszenia.

A ja straszyć nikogo nie chcę. Życie jest wystarczająco straszne i okrutne. Chcę realizmu i prawdy, obojętnie, jakiej.

I doprawdy, nie mogę wierzyć w to, że będzie w Belfaście ładna pogoda. Nie będzie. Nigdy nie ma.

Aleksandra Łojek

Materiał pochodzi z serwisu Gazetae.com
www.gazetae.com


 

<Poprzednia   Następna>
 

Tysiące ofert pracy z całej Irlandii!
Najnowsze ogłoszenia
Zestaw stołowy Lazzio
Sprzedam (17.10.2017)
Polskie Centrum Odszkodowań - Twój partner w każdym wypadku
Usługi (16.10.2017)
Polskie meble
Różne (11.10.2017)
Kosztorysant przemysłowy
Dam pracę (11.10.2017)
Randki w Irlandii
Różne (11.10.2017)


 
= Ogłoszenie ze zdjęciem
Ostatnio na forum:
1: ANKIETA - Odbiór mediów polonijnych w Irlandii by evelynkie
2: Odp:Szukam księgowej lub biura księgowego w Irlandii by orlabenson1
3: wymiana starej waluty na euro by arthrawn76
4: Jak wam się wiedzie? by bsos13
5: przedtreningówka dla żony by kwauuel
Wiadomości różne
Newsy: Biznes, IT
Mamy wysokie noty!

STRONA NA PIĄTKĘ! w Interia.pl
CZTERY GWIAZDKI! w Onet.pl
DOBRA STRONA! w Gwiazdor.pl