|
Czasami mnie nachodzi... Przyjechawszy z jak zwykle zbyt krótkich wakacji spędzonych w Polsce osiadam ospale w mglistą irlandzką rzeczywistość. Wszystko jawi mi się jakieś bardziej szare niż zwykle – dom jakby mniejszy od tego, za który dwa lata temu podpisałam ćwierćmilionowy cyrograf z bankowym diabłem, góry za oknem niższe niż te, które pamiętam przed wyjazdem, powietrze bardziej wilgotne, robota cięższa, godziny dłuższe.

Z bólem serca patrzę na dziecko, które co rano wstaje rumianoroześmiane, ubiera się w kapelusz i buciki, nalega, by podać jej okulary słoneczne z szuflady i jak mały piesek kręci się smutno koło drzwi broniących dostępu do naszego gniazda irlandzkiej pogodzie. Jak wytłumaczyć półtorarocznej dziewczynce, że na rowerek nie pójdziemy, bo pada tak, że świata nie widać (mała strata) i nawet wrony, ci wszechobecni głosiciele czyśćcowej radości, zwiastuni irlandzkiego lata, zniknęły z bezbarwnego nieba i srają gdzieś zapewne w cichości ducha po dachach naszych steranych samochodów.
Tak zaczyna się przygnębienie klimatyczne. Tzw. lato tego roku nie rozpieściło nas, dysząc pomstą za zeszłoroczne luksusy. Sąsiadka pod moją nieobecność pomalowała chałupę na maskujący kolor stalowoszary a mnie zbiera się na płacz. Dziecko patrzy mądrymi, czarnymi oczkami, współczująco, ale bez zrozumienia. Sama jest Irlandką, i nie dziwny jej deszcz, szarość jej nie przeszkadza. Obuwie, jak większość irlandzkich dzieci uważa za zbędne. Godzi się na nie jedynie jako dodatek stanowiący dopełnienie jakiegoś stroju. Pod warunkiem, że jest skoordynowane kolorystycznie.
Biorę się w garść i korzystając z chwilowej przerwy w dostawie wody niebieskiej gnam na złamanie karku po zaślimaczonych ogrodowych schodach, po drodze zapinając dziecko w pasy przytwierdzone do rowerka. Będzie spacer! Mijając zarośnięty ogród kolejnej sąsiadki czający się za żółtomalowaną furtką, nie mogę się oprzeć samoumartwieniu.
Dlaczego tak jest, że lecąc do Polski szlag mnie trafia, że wyjeżdżam z Irlandii, diabli mnie biorą na ten cały kram, politykę i inne polskie narodowe buractwa. Dlaczego nie mogę tam wysiedzieć, dlaczego kłócę się z całą rodziną i kręcę się jak g**o w przeręblu w poszukiwaniu ucieczki od wiejskiej sielanki? Dlaczego po powrocie znowu nigdy nie mogę się odnaleźć? Skąd tęsknota do tego, czego serdecznie nie znoszę? Czego ja, panie boże, właściwie chcę i do czego tęsknię? Czy tylko do pogody?
Oczami duszy widzę się, radosną, opaloną, przechadzającą się po jakiejś włoskiej lub hiszpańskiej uliczce. Cieszę się kawą wypitą przy stoliku na zewnątrz maleńkiej restauracyjki, pędzę na zakupy w plenerze, planuję zimowy wyjazd do Szwajcarii. Tymczasem na irlandzkie niebo wyległy gromadnie perfidne wrony, zardzewiałym od deszczu wrzaskiem rozwiewając moją wizję szczęścia idyllicznego. Dziecko, uradowane towarzystwem, plując na prawo i lewo usiłuje powiedzieć ‘ptaszek’. Powstrzymuję się od wyjaśnień, że ptaszek to może być słowik, skowronek, wróbelek. Wrony to czarne blizny na i tak niepięknym niebie, złowróżbne skrzydlate szczury prowincji.
Ptaszyska jakby czując moją niechęć zakotłowały się nagle i wśród jazgotu odleciały nieczułe na ciche afronty i nieme obrzydzenie. Ostatnie z nich w pośpiechu, kracząc niemile upuściło wprost pod moje nogi coś, co wydawało mi się gałązką. Po bliższych oględzinach w oniemieniu zauważyłam, że była to skórka polskiego chleba. Z makiem. Tego z piekarni w Sligo.
Po raz pierwszy niebo odpowiedziało na moje pytanie. Bezpośrednio. Bez alegorii i zamotanych przypowieści. Polski chleb na irlandzkiej ziemi. To nasze przeznaczenie. A tęsknota i zagubienie są do niego przypisane jak te ziarnka maku. Urszula Uí Sirideáin |