|
Recesji winne są kobiety. Gdyby nie nasze umiłowanie do butów kupowanych pod kolor cieni do powiek, zapachowych świec po 25 euro każda, zabiegów ozonowych na włosy pięć razy w tygodniu i przemożnej potrzeby kupienia choćby jednej kiecki przy okazji każdej wizyty na Grafton Street, wszystko byłoby dobrze. A tak, wydawałyśmy więcej, niż mamy, posiłkując się kartami kredytowymi lub finansowym wsparciem naszych partnerów / chłopaków / kochanków. A ci, biedulki, pracowali ciężej i więcej, byle tylko być w stanie zaspokoić nasze niekończące się zachcianki...

Ale jak to z zachciankami bywa, apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc i nasi wspaniałomyślni sponsorzy zaciągali kolejne kredyty, inwestowali oszczędności w ryzykowne obligacje i chwytali się kolejnych chłopięcych gadżetów, szybszych samochodów i jeszcze droższych telefonów komórkowych, byle tylko podtrzymać swój status macho w oczach naszych i sąsiadów.
Poza tym, zabieramy pracę naszym nieszczęśliwym, zwolnionym na skutek redukcji zatrudnienia, mężczyznom. Gdyby tak nagle kobiety zrezygnowały ze swoich posad, problem bezrobocia znikłby jak pod dotknięciem czarodziejskiej różczki – pan domu pracowałby i przynosił pieniądze, a cnotliwa i dobrotliwa żona dbała o ciepło domowego ogniska, gotowała zdrowe obiady i samodzielnie (bez wyręczania się horrendalnie drogimi przedszkolankami!) chowała rumiane dziatki. Miałaby też zapewne dość czasu, by z resztek starych zasłon szyć gustowne kapy na fotele, odmieniając w ten sposób – za darmo! – wygląd saloniku. Mogłaby też poświęcić się uprawie ogrodu, wspomagając tym walkę z globalnym ociepleniem i dziurą w budżecie domowym.
Mając cały dzień do dyspozycji, kobieta taka mogłaby też odkrywać uroki własnoręcznego wypieku ciast, produkcji – ekologicznych! – kosmetyków z oliwy i żółtek oraz pasteryzowania soków i kompotów. Odpadłby też problem kupowania nowych ubrań, fryzjerów i tych wszystkich bredni z kosmetyczkami i salonami masażu – po domu można wszak chodzić w szlafroku, i tak nikt nie widzi. Będąc na miejscu, nie miałaby potrzeby prowadzenia samochodu, dzięki czemu liliową toyotę można by wstawić do komisu, a garaż przerobić i podnająć jakimś imigrantom, którzy też pewnie szukają tańszych opcji na mieszkanie, zwłaszcza, kiedy przelewy z Social Welfare Office tak nieznośnie się opóźniają.
Na koniec dnia zaś, wypoczęte i pachnące, domowe kobiety mogłyby z czułością rozmasowywać strapione skronie dzielnych mężczyzn, którzy w biurach i na budowach walczą z hydrą globalnego kryzysu, dostarczając im (mężczyznom, nie hydrom) uciech cielesnych i rozpraszając zmartwienia lekką rozmową. Świat może stać się lepszy. Koniec recesji jest bliski. Wytrwajmy.
Anna Paś Redaktor Naczelna „Polski Express”
www.PolskiExpress.ie
|