|
Globalna wioska to bzdura. Świat, choć zmierzony, zważony, spisany i pokazany wszystkim na YouTube, wcale nie stał się bliższy czy bardziej zrozumiały. No, może troszkę, ale nikt mi nie wmówi, że na drugim krańcu globu poczuję się zaraz jak na własnym podwórku. I chwała za to.

Z drugiej jednak strony, Irlandia od Polski nie jest aż tak daleko. Autochtoni, z którymi przychodzi wymieniać uwagi na temat masowej imigracji Polaków do ich zielonego kraju, cmokają na tym, że i wspólne korzenie chrześcijańskie, i zachodni krąg kulturowy, i od historii dostaliśmy podobne baty, nie wspominając już, że równie skorzy do bitki i wypitki. A jak tak spojrzeć na - zwłaszcza tych zasiedziałych już nieco i obkupionych w lokalnych sklepach - Polaków i Polki, to nawet na ulicy nie rozpoznasz, że nie swój. Znaczy się, już swój, ale tzw. non-national. Czyli „swojak nienarodowy”. Irlandczycy więc rozwodzą się nad tymi wszystkimi podobieństwami między „nami” a „nimi”, a mnie nachodzi myśl taka, że wcale nie podobni. Niepodobni nawet do siebie nawzajem. Emigracyjne doświadczenie to nie tylko stanięcie twarzą w twarz z innym językiem, rzeczywistością, osobnymi kurkami z ciepłą zimną wodą oraz urzędem skarbowym, który na koniec roku wysyła mi (sam z siebie!) zwrot nadpłaconego podatku, sugerując, co jeszcze mogę odliczyć. Emigracja to również zetknięcie się z wewnętrznym kalejdoskopem różnic, celów, postaw, wartości i życiowych historii. Różnic między nami. Różnic, przez gospodarzy zgrabnie zamkniętych w jednym worku pod hasłem „Polish migrant workers”. „Czy Polacy wracają do kraju?” – niektórzy wracają, niektórzy zostają. „A pani tutaj z mężem? Bo podobno wy, Polki, szybko wychodzicie za mąż” – podobnie pewnie jak tutaj, jeśli mają za kogo, to na co czekać? „A pan tak świetnie mówi po angielsku, długo pan mieszka za granicą?” – nie, uczyłem się w szkole. „Gdzie panienka pracuje, w barze?” – nie, w księgowości. Przyjeżdżając do Irlandii, nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Trochę jak dzieci, uczące się o życiu co dzień czegoś nowego. Albo jak bohater filmu Marcela Łozińskiego, który w rozmowach ze staruszkami w parku stwierdza, że nie powinni czuć się samotni czy bać się śmierci. „Wszystko może się przytrafić. Można nawet spotkać małego dinozaura” – przekonuje mały Tomek. Bo życie to taka niekończąca się niespodzianka. A wśród Polaków w Irlandii też można spotkać różne zwierzaki – i oszczędzające chomiki, i niebieskie ptaki, i orły księgowości, i byczki na siłowni. Chciałabym, żeby Irlandczycy nareszcie zauważyli, że w worku z napisem „Polish migrant workers” gnieździ się całkiem zróżnicowana menażeria. Anna Paś |