|
Stanowczo żądam przywrócenia w Irlandii czterech pór roku! Nie jakiejś tam wiecznej wiosny, z odchyłem ku mniejszej lub większej ilości deszczu. Nie łagodnego przechodzenia z prawie-lata do prawie-zimy. Zimą ma być zimno, latem ma być gorąco, a pomiędzy – niech się rozwija, tudzież opada i zasypia, stosownie do potrzeb Matki Natury.

Moje jawne oburzenie wynika stąd, iż pomidory nie dojrzewają. Przyjaciele posadzili w ogrodzie cztery dorodne krzaki jeszcze w kwietniu, więc już od pół roku ostrzyliśmy sobie zęby na smakowite i pachnące latem owoce. Tymczasem październikowy chłód powoli wsącza się w kości, a pomidory – jak od dwóch miesięcy – zielone wisiały na krzaku, tak wiszą nadal. Obserwacja ta ogrodnicza kazała mi wyciągnąć wnioski szerszej natury, każąc smutno stwierdzić, że skoro tegorocznego słońca latem było za mało, by pomidorki pokryły się ledwo wstydliwym rumieńcem, jakież spustoszenia owe niedobory musiały poczynić w organizmach ludzkich, cokolwiek bardziej skomplikowanych i wymagających? Przyjrzałam się krytycznie przypadkowym przedstawicielom ludzkiej rasy wokół siebie, szukając u nich objawów niedoświetlenia, jakie w pomidorach widoczne są za pośrednictwem pewnej twardości, chorobliwej zieloności i mało apetycznej powierzchowności. Wyniki mojej inspekcji kazały postawić wniosek, co następuje: udowodnione naukowo braki witaminy D, wytwarzanej pod wpływem promieni słonecznych, powodują obniżenie odporności, prowadzić mogą do depresji i spadku poziomu sił witalnych. Co gorsza, u przedstawicieli narodów kontynentalnych, gdzie przebieg pór roku jest dramatyczny i zauważalny gołym okiem, objawy braku słońca mogą przebiegać w formie zaostrzonej. Owego stanu ducha nie wolno lekceważyć, bowiem - nieleczony – może prowadzić do frustracji, wiecznego smutku i braku zadowolenia z emigranckiego, w pocie czoła i znoju urządzanego, nowego wspaniałego życia. Sprawa wyglądała poważnie, więc postanowiłam zasięgnąć porady u miejscowych, którzy z dziada-pradziada musieli stawiać czoła niesprzyjającej aurze. Oczywiście, wraz z postępem medycyny oraz bogaceniem się portfeli mieszkańców kraju Celtyckiego Tygrysa, metody radzenia sobie z jesienną depresją zmieniały się, choć zamysł pozostaje z gruntu ten sam. Po pierwsze: słoneczne wakacje. Zaczynam utwierdzać się w przekonaniu, że Michael O’Leary dlatego wymyślił tanie linie lotnicze, by jego współziomkowie mogli swobodnie i często podróżować do krajów, gdzie słońce jest normą, a nie meteorologiczną fanaberią. Po drugie: witaminy. Po trzecie: zwiększone dawki kina, kawa w przytulnych lokalach, gorący kubek whiskey z rozgrzewającym goździkiem i dobre towarzystwo. Proszę państwa, nie mamy wyboru. Jakoś musimy przetrwać. Czego – przy pomocy wyżej wymienionych sposobów – sobie i państwu serdecznie życzę. Anna Paś |