|
ÅšwiÄ™ta wiosenne, wielkanocne, laickie i pozakoÅ›cielne nadchodzÄ… znowu, straszÄ…c kiczem i zimnÄ… dziewiczoÅ›ciÄ… nierzucajÄ…cych cienia drzew. Znowu siÄ™ naród uda z koszami po borynowe bÅ‚ogosÅ‚awieÅ„stwo, znowu bÄ™dzie siÄ™ mnie bombardować mizernÄ… przykrywkowatÄ… symbolikÄ…, znowu bÄ™dzie żóÅ‚to, kurczaczo, owalnie. Koronki, mirt i kieÅ‚basa, zawsze ta cholerna kieÅ‚basa. Znowu szlag mnie trafi od baranka do króliczka, od króliczka do baranka.

Nadzieja na odrodzenie, hÄ™? Cykl życia zacznie siÄ™ ponownie, tak? BÅ‚ogosÅ‚awieÅ„stwo na caÅ‚y rok, hm? Do diabÅ‚a z tym, bluźnierczo i nienawistnie. W tym roku żegnam publicznie wszelkie napiÄ™tnowanie, które w trzecim pokoleniu po ostatniej praktykujÄ…cej katoliczce przedzieraÅ‚o siÄ™ jeszcze do niedawna przez pokÅ‚ady mojej starannie pielÄ™gnowanej Å›wiadomoÅ›ci. Niniejszym gÅ‚oszÄ™ chÅ‚odne good-bye piekielnym i nieodgadnionym zapÄ™dom szynkotwórczym, pisankopÄ™dnym, mazurkoróbczym.
Ot, po prostu dlatego, że stojÄ…c niepewnie przed nakrytym stoÅ‚em – tu Easter Bunny, tu pisanki Å‚owickie, tam pisklÄ™ wymiernie dość żóÅ‚te, mazurek, makowiec, 12 rodzajów wÄ™dlin wÅ‚asnej roboty, chleb, sól i wódka Chopin – czujÄ™ siÄ™ jak skoÅ„czona idiotka. Dajcie wiarÄ™, próbowaÅ‚am. Really, truly i naprawdÄ™. ÅšwiÄ™ta (prawdziwe - /wym.: prawDZIwe/ zaraz pcha siÄ™ na usta obowiÄ…zkowo, polaczo) zrobiÄ™, pomyÅ›laÅ‚am jadÄ…c do domu ojczystego (i matczystego też) jakieÅ› trzy lata temu. Mazurki, takie trzydniowe upiekÄ™, caÅ‚y kierat na swoje wÄ…tÅ‚e przyjmÄ™ ramiona, niech raz mamy po staropolsku. I mieliÅ›my, czemu nie. Mazurek byÅ‚, jeden, co prawda, ale bardzo udany. Pisanki wÅ‚asnorÄ™cznie zostaÅ‚y ozdobione. Bocian przeleciaÅ‚, Mickiewicz zamarudziÅ‚. Koszyczek z poglÄ…dowym przekrojem dietetycznym w lokalnym koÅ›ciele odbyÅ‚ krótkÄ… sesjÄ™ uÅ›wiÄ™cajÄ…cÄ…. Wódka w iloÅ›ciach oglÄ™dnych spożyta zostaÅ‚a. Z czubów siÄ™ wprawdzie nie dymiÅ‚o, ale i szlachta z nas nijaka, usprawiedliwiaÅ‚am sobie.
SkÄ…d wiÄ™c negatywne owego ćwiczenia wyniki i bluźniercze wnioski? Otóż, po zakoÅ„czonej imprezie, bez najmniejszych wrażeÅ„ czy doznaÅ„ natury duchowej doszÅ‚am do wniosku, że caÅ‚a robota na nic, że nie mam z tym nic wspólnego. Pomimo najszczerszych chÄ™ci utrzymania tradycji zeÅ›wiecczonej, bo zupeÅ‚nie w mojej rodzinie niekoÅ›cielnej, przyjmujÄ™ wreszcie za pewnik, że Wielkanoc to nie Gwiazdka, choinka nie wystarczy. Nie moja wina, że baranki wywoÅ‚ujÄ… we mnie skojarzenia nieapetyczne, kurczaczki – piskliwe a na zajÄ…czki po prostu szlag mnie trafia. Bez uduchowienia nie da rady, a z tym u mnie akurat kruchawo. Brak uczuć transcendentnych pozostawia biednÄ… bezdusznÄ… jednostkÄ™ z symbolami zaledwie, a na te, wyjÄ…tkowo przy tej okazji troglodycko atawistyczne mam po prostu uczulenie.
BÅ‚agam, bez obrazy kochany narodzie, ale jajko moim zdaniem przeżyÅ‚o siÄ™ jako symbol nowego życia. Króliczek zagubiÅ‚ przesÅ‚anie pÅ‚odnoÅ›ci – to akurat może i lepiej, bo pewnym niepokojem metafizycznym napawa mnie widok onego symbolu hasajÄ…cego zwyczajem wyspiarskim w towarzystwie dzieci obdarowywanych przezeÅ„ czekoladÄ….
Pozorna niewinność wydaje mi siÄ™ tu kryć jakieÅ› ukryte niezgrabnie niewygodne podteksty. Baranek wreszcie ze swojÄ… Å‚agodnÄ… ofiarnoÅ›ciÄ… nic już zupeÅ‚nie mi nie przypomina, może oprócz humanistycznego niesmaku, jakim napawa mnie kwestia mlecznej jagniÄ™ciny. Przekrojowo: pojmujÄ™, o co chodzi, symbole sÄ… przejrzyste jak slogany reklamowe, idea jest mi w zasadzie nieobca. Ale nie dziaÅ‚a. MaÅ‚o tego, z punktu widzenia skrajnego bezwyznaniowca, drażni.
A jednak odwieczny pÄ™d przynależenia do stada pewnie siÄ™ jakoÅ› odezwie. Pewnie wysÅ‚ucham od koleżanek, że jak to tak, bez Å›wiÄ…t? Pewnie odkryjÄ™ w Wielki PiÄ…tek, że nie mam co ze sobÄ… zrobić, klienci ucichnÄ… oddajÄ…c siÄ™ rozrywkom pierzastym i żóÅ‚tym, krasym i okrÄ…gÅ‚awym. Pewnie znowu mnie to natchnie do rozmyÅ›lania nad zagubionÄ… tożsamoÅ›ciÄ… i nad zwiÄ…zkiem religii z kulturÄ…, historiÄ… i naukami spoÅ‚ecznymi. Nad zwiÄ…zkiem braku religii ze mnÄ…. Nad koronÄ… cierniowÄ…. Nad kwestiÄ… nadludzkÄ…. Nad egzystencjalizmem. Nad miernotÄ… i pospolitoÅ›ciÄ…. Nad wszechludzkim nieokieÅ‚znanym, wÅ‚ochatym atawizmem. Nad kwestiÄ… wszechobecnego symbolu przyprawiajÄ…cego mojÄ… osobowość natrÄ™ckÄ… o palpitacje i spazmy. Znowu zÅ‚amie mnie myÅ›l, że zmarÅ‚ych szczęśliwie nie możemy w ich Å›wiÄ™tym spokoju zostawić, nicht zuruck mich ruf’ ins Leben. Dlatego wÅ‚aÅ›nie do diabÅ‚a z tym. Dlatego wÅ‚aÅ›nie tak: Å›wiÄ…t nie bÄ™dzie, pakuj siÄ™, my love, jedziemy do Dubaju. |